To, co najważniejsze, kryje się pod czaszką.
Blog > Komentarze do wpisu
Psy

Właśnie obalaliśmy z chłopakami trzecie piwo pod sklepem, gdy z piskiem opon zatrzymała się koło nas czarna limuzyna. Wysiadł z niej jakiś facet w czarnym garniturze i w ciemnych okularach.

- Zdzichu? – szepnął z niedowierzaniem Zbyniek.

- Eee… nie – odpowiedziałem – Zdzichu w życiu nie ubrałby się jak pajac.

Facet podszedł do nas, zdjął okulary i szeroko się uśmiechnął.

A więc jednak. To był Zdzichu.

- Chłopie!!! – wrzasnął Muniek – gdzieś zniknął na tyle tygodni? Już myśleliśmy, że znów psy cię zgarnęły.

- Echhh – machnął ręką Zdzichu – nie uwierzycie co mnie spotkało.

- No co? – spytałem – wystroiłeś się jak na pogrzeb, buchnąłeś komuś brykę. Jak nic idziesz się oświadczać Maryśce.

- Echhh – znów machnął ręką Zdzichu – Nie….

- To co się innego stało? – spytałem.

- A więc było to tak – rozpoczął swoją opowieść Zdzichu – siedzieliśmy sobie z Mietkiem i kilkoma jego kumplami pod barem „U Stacha”…

- Czy to tam, gdzie co piąte dają gratis? – spytałem

- Tak – odparł Zdzichu – No więc siedzimy, pijemy już trzecie gratisowe piwo, gdy podeszło do nas kilku takich… no… niby psy, ale po cywilnemu. Myśleliśmy, że będzie zadyma, ale nie. Podeszli do nas i powiedzieli: „Kto nie zhańbił się pracą dla komuchów, niech podniesie rękę”.  No i ja i Mietek żeśmy podnieśli…

- No fakt – pomyślałem – Zdzichu nigdy nie zhańbił się żadną pracą.

- Zabrali mnie z Mietkiem do swojej bryki – ciągnął dalej Zdzichu –  i zawieźli do takiego ośrodka. Niby pełna kultura, trawa jak malowana, ale za wysokim murem. Już myśleliśmy, że nas zakiciorowali i chcieliśmy dać drapaka, ale za dużo psów było dokoła. Wpierw zaprowadzili nas do łaźni, potem dali każdemu po czarnym garniturze i parze okularów, zaprowadzili na stołówkę… Cholercia… Nigdy tak dobrze nie jadłem… Echhh…

- No i co dalej? – zapytał zniecierpliwiony Muniek, bo Zdzichu na wspomnienie posiłku zamyślił się i zaczął mimowolnie gładzić po brzuchu.

- Dalej? – ocknął się Zdzichu – Dalej… No… Zaprowadzili nas na taką salę, gdzie ławki jak w szkole. Posadzili każdego osobno. Potem przyszedł jakiś pan profesor i truł coś przez 6 godzin o patriotyźmie, służbie dla kraju i takie tam dyrdymały. I tak codziennie przez dwa tygodnie. Ja tam z tego nic nie załapałem. Mietek też nie. Dobrze, że chociaż dawali dobrze zjeść… Echhh…

- No a po tych dwóch tygodniach? – szturchnąłem Zdzicha, bo znów się zamyślił o żarciu.

- Po dwóch tygodniach? – ocknął się Zdzichu – po dwóch tygodniach dali mi tą bryke i kazali wozić takiego konusa, co go często w tiwi pokazują.

- No co ty? – odparł z niedowierzaniem Zbyniek – przecież ty nie znasz przepisów i nawet prawa jazdy nie masz.

- A na co mi prawo i przepisy – wyjaśnił Zdzichu – jak jadę z tym konusem, to włączam koguta i po prostu pruję przed siebie, a wszyscy mi ustępują.

- A Mietek? – spytałem – co z Mietkiem?

- Mietek? – odpowiedział Zdzichu – Mietek wozi tego drugiego konusa. No dobra panowie. Chętnie z wami bym obalił kilka browarów, ale lecieć muszę, bo mój konus zaraz kończy spotkanie i będzie się wściekał, gdy mnie nie zastanie.

Zdzichu wsiadł do swojej bryki, włączył koguta i zostawił nas oniemiałych i z opadniętymi szczękami.

Minęło pół roku.

Staliśmy sobie jak zwykle pod sklepem i obalaliśmy browary. Ziąb był taki późno listopadowy. Wtem podchodzi do nas Zdzichu, ale taki jakiś odmieniony. To znaczy odmieniony, niż ostatnio go widzieliśmy, bo zamiast czarnego garnituru znów miał kufajkę oraz baretkę.

- Cześć – powiedział cicho – dajcie na browara.

Staliśmy przez chwilę oniemiali.

- A gdzie twoja bryka? – zapytałem w końcu.

- Echhh – westchnął Zdzichu – mój konus co go woziłem nagle przestał być ważny. Przyszedł jakiś inny, taki strasznie przemądrzały. Zaczął węszyć. Zapytał się mnie o jakieś „referencje”. No i afera się zrobiła, gdy doszli, że połowa tych psów, co po cywilnemu chodzili, pochodzi z takiej łapanki, na jaką złapali minie i Mietka. No i wywalili wszystkich. Szkoda cholercia, bo całkiem niezłą kasę płacili przez te pół roku.

- Niezłą, to znaczy ile? – zapytał Zbyniek.

- A no… tak z dziesięć papierów na rękę było – odpowiedział Zdzichu.

Zakrztusiliśmy się wszyscy z wrażenia, że aż nam pianka nosem wyszła.

- Całkiem sporo – kontynuował Zdzichu – nawet pod koniec przestałem podbierać matce jej rentę, bo na wszystko mi starczało.

- I teraz prosisz nas o dwa zety na browara? – spytał ze zdziwieniem Muniek

- Echhhh… - zasmucił się Zdzichu – konus co go woziłem mówił, że tak będzie zawsze. Taki pewny był… Więc specjalnie nie oszczędzałem. No przeinwestowałem normalnie na te łiskacze i inne takie myszowate trunki.

- A gdzie Mietek? – zapytałem przytomnie.

- Mietek? – odparł Zdzichu – utrzymał się. Jeździ z tym drugim konusem, który wciąż jest ważny. Powiedział, że na bank utrzyma się jeszcze dwa lata z hakiem. Temu to dobrze.

niedziela, 09 marca 2008, vampi_r

Polecane wpisy

  • Agent

    Miałem kończyć właśnie rozmowę ze swoją ukochaną, gdy w słuchawce pojawiły się jakieś trzaski i jęki. - Skończcie z tymi czułościami, bo już mnie zaczęło mdlić

  • Ząb

    Najpierw pojawiło się delikatne ukłucie, jakby niewidzialnej szpileczki. Gdzieś w okolicy dolnej szóstki, z której plomba wypadła jakieś 15 lat temu. Pomacałem

  • Nasza klasa

    Szedłem na spotkanie bez przekonania. „Przecież ja tych ludzi w ogóle nie pamiętam” – przypominałem sobie swoją rozmowę ze Staśkiem, z którym