To, co najważniejsze, kryje się pod czaszką.
RSS
sobota, 09 października 2010
Agent

Miałem kończyć właśnie rozmowę ze swoją ukochaną, gdy w słuchawce pojawiły się jakieś trzaski i jęki.
- Skończcie z tymi czułościami, bo już mnie zaczęło mdlić - odezwał się męski głos.
- Halo! Kim Pan jest i dlaczego nas Pan podsłuchuje? - ...zapytała moja ukochana
- To ja, Wasz Anioł Stóż... - odpowiedział głos i po kilku sekundowej pauzie dodał - kazali mi podsłuchiwać, to podsłuchuję.
- Kto Panu kazał? - zapytałem
- Tajemnica państwowa - odpowiedział głos - mogę tylko powiedzieć, że nie chodzi o Panią, tylko o Pana. Już od pół roku podsłuchuję Pańskie rozmowy i mam dość. Nic tylko miłostki i czułości. Nie do takiej służby się szkoliłem... cholera jasna... Ja chciałem być kimś takim jak James Bond......
W tym momencie męski głos z telefonu przybrał ton jakby miał zaraz wybuchnąć płaczem.
- No dobrze, Kochanie - odezwała się moja ukochana - porozmawiaj z Panem, a ja się wyłączam, bo jeszcze muszę do mamusi zadzwonić.

Moja ukochana się rozłączyła, a ja kontynuowałem rozmowę z nieznajomym.
- A w zasadzie, to dlaczego mnie Pan podsłuchuje? - zapytałem
- Pół roku temu napisał Pan na Facebooku, że nasz Prezydent jest debilem - wyjaśnił głos - Mój szef podejrzewa, że ta informacja musiała jakoś wyciec z Kancelarii i nakazał Pana podsłuchiwać.
- Aha... - odparłem starając się sobie przypomnieć ileż to jeszcze razy i gdzie pisałem podobne teksty na temat rządzących krajem - A ja myślałem, że podsłuch polega na nagrywaniu wszystkiego.
- Panie!!! Przy tej ilości podsłuchiwanych już dawno wyczerpały się nam zasoby sprzętu nagrywającego - odpowiedział głos - Co mniejsze płotki musimy podsłuchiwać osobiście i w razie czego notować ciekawsze fragmenty.
- I zanotował Pan coś z moich rozmów? - zapytałem
- Zaraz... niech odszukam... - w słuchawce usłyszałem szelest przewracanych kartek - O! Mam... "truskaweczko moja", "moje ty pieścidełko", "smak Twoich ust jest jak gofr z bitą śmietaną i  jagodami"... i takie tam same dyrdymałki... Mam tego zapisanych dwadzieścia kartek... O rany!!! - głos tym razem przybrał ton jakby ktoś jego właściciela targał za uszy - po pół roku słuchania tych słodkości w końcu nie wytrzymałem i się zdekonspirowałem... cholera jasna... wywalą mnie z roboty...
- Chwila - odparłem - przecież nikt nie musi o tym wiedzieć. Mam propozycję Przestanie mnie Pan podsłuchiwać, a ja zapomnę o Pańskiej dekonspiracji... OK? W zasadzie to już nie pamiętam o naszej rozmowie.
- .... Dobra ... niech będzie ... - odpowiedział głos - mam co prawda kontrakt na Pana na cały rok, ale już mogę stwierdzić, że z Pana jest tylko bawidamek, a nie wróg systemu. Tym bardziej, że już jest inny prezydent... Napiszę raport końcowy dla ABW... uuuups... znów się wysypałem...
- Ale ja nic nie słyszałem - odpowiedziałem
- No dobra... - głos w telefonie przybrał ton zadowolonego - Heh.. Nawet Pan nie wie jaką Pan panikę wywołał w mojej Agencji swoim tekstem na Facebooku. Pół tysiąca ludzi pracowało nad wizerunkiem prezydenta, a Pan tak sobie chlapnął, że jest debilem... Wszystkich ich musieliśmy przesłuchać, ale nie udało się dojść, kto z nich był przeciekiem.

- Nikt nie był - wyjaśniłem - ja sam do tego doszedłem.

-----
To nie jest wcale śmieszne:
http://wyborcza.pl/1,76842,8480752,Dziennikarze_na_celowniku_sluzb_specjalnych.html


15:01, vampi_r
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 października 2009
Ząb

Najpierw pojawiło się delikatne ukłucie, jakby niewidzialnej szpileczki. Gdzieś w okolicy dolnej szóstki, z której plomba wypadła jakieś 15 lat temu.

Pomacałem ząb językiem, by sprawdzić, czy może resztka z lunchu gdzieś tam się nie zawieruszyła. Dla pewności kupiłem gumę Orbit. Szpileczka jednak nadal kłuła i z każdą chwilą jakby robiła się coraz większa. Wróciłem z pracy do domu i zastosowałem stary, wypróbowany sposób mojego dziadka – szklaneczka wódeczki trzymana w buzi przez kilka minut.... Potem jeszcze jedna i jeszcze.... Sposób dobry, ale chyba wódka była zła, bo ból nie minął.

W nocy ząb nie dawał za wygraną, a ranek nie przyniósł ukojenia. Postanowiłem zastosować stary, wypróbowany sposób mojej babci – ząbek czosnku trzymany w okolicy bolącego miejsca. Nie pomogło, choć przed wyjściem do pracy zużyłem całą główkę.

W autobusie zrobiło się wokół mnie pusto, a jakaś starsza pani zatykając nos ustąpiła mi miejsce. W pracy od razu natknąłem się na szefa.

- Coś taki zmarnowany? – zapytał - ufff... ale od Ciebie jedzie – dodał po chwili – coś Ty jadł na śniadanie?

- Ząb mnie rozbolał i myślałem, że jak potraktuję go czosnkiem... – odpowiedziałem.

- Czosnkiem? – zdziwił się szef – Ja zawsze przegryzam kawałkiem lodu i mi przechodzi

Poleciałem do zamrażarki, która stała w sekretariacie Prezesa i wróciłem z kubkiem wypełnionym kostkami lodu.

W południe zadzwonił do mnie kierownik marketingu. Szczękając zębami z zimna usiłowałem wytłumaczyć na czym polega nowa strategia mojego projektu.

- Czy może Pan mówić trochę wyraźniej – usłyszałem w słuchawce – słychać Pana jakby był Pan na Antarktydzie

- Przee... praszam... ząb mnie boooli i staram się jakoś temu zaradzić lodem – odpowiedziałem dzwoniąc przy tym zębami

- Lodem? – zdziwił się kierownik marketingu – Najlepiej działa płukanie w szałwi.

Pobiegłem do pobliskiego sklepu zielarskiego. Zaparzyłem od razu całą paczkę.
Gdy wracałem do domu ból zęba stawał się momentami równie nieznośny, jak cały miot szczeniaków beagla. Postanowiłem zastosować kurację szokową – mrożona wódka z czosnkiem, a potem płukanie gorącym naparem z szałwi.

Usłyszałem jak klucz przekręca się w zamku w drzwiach wejściowych. To Ślubna wracała ze swojego fitnessu.
Zszedłem ze ściany i usiłowałem zachowywać pozory normalności przed swoją lepszą połową.

- Cześć Kochanie – Ślubna przywitała się jak zwykle – jak Ci minął dzień?

- Yhy... – odparłem.

- Co Ci jest? – Ślubna popatrzyła na mnie swym świdrującym niczym rentgen wzrokiem – wyglądasz jakby ząb Cię bolał.

- Yhy... – odparłem.

- Oj Skarbie, może czas najwyższy iść do dentysty? – poradził mój Terminator – a tym czasem masz tu paczkę Ibupromu.

Łyknąłem od razu cztery tabletki. Po godzinie ból zelżał.

Rano przeglądając się w lustrze stwierdziłem, że mój lewy policzek wygląda jakby użądliła go osa z Jurajskiego Parku. Nie raz bawiłem się w pracy deformując w ten sposób zdjęcie Prezesa w Paint Shopie. Teraz ja tak wyglądałem....

- Masz tu telefon do mojej dentystki – powiedziała moja Wampirzyca podając jakąś wizytówkę – zadzwoń  i umów się na wizytę.

- Yhy... – odparłem – „po co mam iść do dentysty jeśli już mnie nie boli” – pomyślałem.

Pojechałem do pracy uzbrojony w pokaźny zapas środków przeciwbólowych.

Po dwóch tygodniach przyzwyczaiłem się do opuchlizny na mojej twarzy. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie drobny fakt, że środki przeciwbólowe przestały działać...

Dałem za wygraną.

- No dobra, pójdę do tej dentystki – powiedziałem do Ślubnej

- Yhy – odparła – to się dobrze składa, bo już umówiłam Cię na jutro na 18:15.

Pojechałem pomimo, że w tym czasie leciał mecz w TV.

Odszukałem właściwy adres. Kilka minut pokręciłem się w kółko przed drzwiami gabinetu dentystycznego „Wiertaczek”. Wszedłem będąc lekko spóźnionym. I zaraz po przekroczeniu progu gabinetu ból zęba minął jak ręką odjął. Już chciałem się wycofać, ale było za późno...

- Witamy, zapraszamy – przywitała mnie jakaś pani w wieku poczwórnie pełnoletnim – To Pan był zapisany na 18:15? Pańska żona uprzedzała, że przyjdzie ktoś, kto się bardzo boi dentysty.

- „Dziękuję Ci Skarbie” – myśli o mojej Ślubnej przybrały zbrodniczy charakter.

Usadowiłem się na fotelu i otworzyłem buzię nucąc sobie w myślach znany przebój z lat 80-tych „Dentysta – Sadysta”.

- O!!! Ileż tu będzie do leczenia – powiedziała z zadowoleniem Dentystka kalkulując w myślach, czy wystarczy jej na nowe futro – a ta dolna szóstka, to niestety do wyrwania.

Kątem oka zauważyłem jak Pani Dentystka szykuje wielką strzykawkę....


******

Obudziłem się w domu. Szybko wymacałem językiem swoją dolną szóstkę. Była wciąż na swoim miejscu.

- Już się ocuciłeś Kochanie? – Ślubna pogłaskała mnie po głowie – Ale wszystkich przestraszyłeś.

- A co z moim zębem? – zapytałem cicho.

- Co się odwlecze... – odpowiedziała Ślubna – zapisałam Cię na jutro na 19:20.

Wiedziałem, wiedziałem, że na Ciebie mogę zawsze liczyć, Kochanie – pomyślałem i zacząłem analizować czy uda mi się do jutra uciec na inny kontynent.

12:54, vampi_r
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 lipca 2009
Nasza klasa

Szedłem na spotkanie bez przekonania.
„Przecież ja tych ludzi w ogóle nie pamiętam” – przypominałem sobie swoją rozmowę ze Staśkiem, z którym, jako jedynym z podstawówki, utrzymywałem kontakt do dziś.
„ – Przyjdź, będzie fajnie” – nalegał Stasiek.
Kilka razy zawracałem spod baru „U  Szwejka”, aż w końcu wszedłem, będąc mocno już spóźnionym. „Dobrze, że chociaż będzie Stasiek” – pomyślałem.


W środku od razu rzuciła mi się w oczy spora i mocno rozbawiona grupka ludzi. Ja im też rzuciłem się w oczy.
- Cześć – powiedziałem, podchodząc do nich.
Spojrzeli na mnie, jakby mnie nie poznawali. Ja ich też zresztą nie poznawałem.
- Janek jestem – przedstawiłem się.
- Janeeeek!!! – wrzasnęła jedna z biesiadniczek, bardzo elegancko ubrana, i rzuciła mi się na szyję – a miało Cię nie być....  Nic się nie zmieniłeś – dodała po chwili.
- Dzięki – odpowiedziałem – ćwiczy się – skłamałem.
Po kolei zaczęliśmy się witać, przedstawiając się jednocześnie (tak dla podkreślenia tego, że się nic nie zmieniliśmy). Większość z usłyszanych imion ani na trochę nie rozjaśniała mojej pamięci. Jedna z obecnych przedstawiła się jako Ela. Ela była tylko jedna w naszej klasie (z tego co pamiętam). Kochałem się w niej w piątej klasie. Była to moja pierwsza miłość, której się nie zapomina. Tyle tylko, że ta moja Ela była młodą i zgrabną blondynką z długimi warkoczami, a ta jest szatynką w średnim wieku, o fizjonomii ekspedientki ze sklepu mięsnego.
Ceremonia powitania dobiegła końca, a ja starałem się jakoś usadowić na wolnym miejscu - niewygodnym drewnianym stołku.


- A Ty, w której siedziałaś ławce – spytałem się po chwili siedzącej obok, by jakoś zagaić rozmowę.
- W żadnej – odparła – ja byłam Waszą wychowawczynią.
Moje faux pas  strasznie rozbawiło tą, która podawała się za moją pierwszą miłość.
- Janek tak rzadko bywał w szkole, że nawet nie wiedział kto i czego nas uczy – rzuciła rozbawiona rechocząc przy tym na cały lokal, aż reszta gości z niesmakiem popatrzyła w naszą stronę.
„Jak ja mogłem kochać się w tej babie” – pomyślałem -
E, chyba przesadzasz – dodałem głośno – trochę może chorowałem, ale poza tym...
Moje słowa strasznie rozbawiły wszystkich, niczym najlepszy skecz na Kabaretonie.
- Trochę chorowałem – przedrzeźniał mnie mocno łysiejący jegomość siedzący na przeciwko – najlepszy dowcip, jaki ostatnio usłyszałem. Ha! Ha! Ha!.

Zamówiłem od razu dwa piwa, by choć w ten sposób umilić sobie spotkanie z moją klasą.


- A gdzie Stasiek? – spytałem się wszystkich po chwili.
- Staszek dzwonił i powiedział, że się spóźni – odpowiedział jakiś facet, który chyba przedstawiał się jako Michał.
Przysłuchiwałem się dłuższą chwilę wspominkom sącząc powoli złocisty płyn. Niemal wszystkie tyczyły się mojej osoby. Okazało się, że w podstawówce byłem duszą towarzystwa i niezłym rozrabiaką.
- Pamiętasz jak w ósmej klasie wykradłeś i spaliłeś dziennik? – spytała się moja pierwsza miłość – Ale była afera.
- To nie ja – zaprotestowałem – To zrobił Zbyniek!
Moje słowa znów strasznie wszystkich rozbawiły. Od tej pory postanowiłem już więcej się nie odzywać.

Jak kończyłem piąte piwo, coraz więcej zaczynało mi się przypominać z tego, co mówili zebrani.  Wydawało mi się jednak, że wszystkim mylą się osoby związane z pewnymi zdarzeniami, a także okoliczności. To nie Marcin chciał wyrzucić nauczyciela od fizy za okno, tylko Stasiek i nie w szóstej, tylko w ósmej klasie. To nie Gosia złamała nogę na WF-ie, tylko Magda i nie na WF-ie, tylko na schodach. Z tym spaleniem dziennika też jakaś wtopa, bo wszyscy mnie tym obarczali, a nie Zbyńka. Poza tym ja w podstawówce byłem pilnym i grzecznym uczniem, a nie wagarowiczem i łobuziakiem. Najwyraźniej wszyscy pomylili mnie ze Zbyńkiem.
„Jednak ludzka pamięć jest mocno zawodna” – pomyślałem sącząc siódme piwo i by nie wyjść na kompletnego sklerotyka udawałem, że wszystko pamiętam dokładnie tak, jak wspominali to zebrani. Przyznałem się nawet do spalenia tego dziennika.

Spojrzałem ponownie na Elę, która zaczynała mi coraz bardziej przypominać tą blondynkę z warkoczami z piątej klasy.
- Pamiętasz, jak chodziliśmy w piątej klasie na randki? – w końcu odważyłem się ją o to spytać
- Janek! – odparła – coś ci się pomyliło. Ty z Martą (tu wskazała ruchem głowy na tą, która rzuciła mi się na szyję przy pierwszym powitaniu) byliście parą już od czwartej klasy i rozstaliście się dopiero w siódmej. Przez ten czas byliście jak papużki nierozłączki. Raz nawet na zabawie szkolnej dałeś Staszkowi w nos, bo chciał poprosić Martę do tańca.
Heh... pamiętam, że dałem w ucho, ale nie Staśkowi, tylko Grześkowi i nie za poproszenie Marty do tańca, tylko za obcięcie jednego warkocza Eli i podpalenie drugiego. Dla świętego spokoju przytaknąłem jednak, czując jednocześnie pewną ulgę, że to ta elegancka Marta okazała się moją pierwszą miłością, a nie Ela...

 - A pamiętacie, jak Janek przed każdą lekcją historii intonował pieśń z Pana Wołodyjowskiego? – zapytała Marta – to znaczy wtedy, gdy akurat był w szkole.
- Janek, zaśpiewaj – zawołali chórem wszyscy – nie daj się prosić!
Już starałem się przypomnieć sobie słowa i melodię z tego filmu, gdy zadzwoniła moja komórka.
- Gdzie się podziewasz? – ze słuchawki dochodził bełkot Staśka – obiecałeś, że przyjdziesz. Czekamy tu wszyscy na Ciebie.
- Gdzie ja się podziewam? – odbełkotałem – Raczej gdzie Ty się podziewasz? Bo ja siedzę tu z Wami od 3 godzin, a Ciebie wciąż nie ma.
- Gdzie siedzisz? – bełkot Staśka przybrał ton zdziwienia.
- Jak to gdzie? U Szwejka na parterze – odpowiedziałem.
- My się umówiliśmy U Szwejka, ale w piwnicy! – wrzasnął Stasiek  tak głośno, że jego głos doszedł do moich uszu bardziej z sąsiednich drzwi, niż z telefonu.

 Rozłączyłem się....

- Przepraszam bardzo – zwróciłem się do zebranych, którzy patrzyli na mnie w milczeniu – czy Wy jesteście ósma B z Korczaka?
- Nie – odpowiedziała Ela – my jesteśmy ósma A z Sempołowskiej.
- I na pewno nie macie nic wspólnego z Korczakiem? - musiałem się upewnić
- Dziś mamy aż 10 spotkań klasowych - powiedziała kelnerka, która akurat przynosiła mi kolejne dwa piwa - na prawdę nie trudno się pomylić.

 

15:20, vampi_r
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 lipca 2009
Upał

Gdy na dworze jest zimno, to wiadomo - można się cieplej ubrać.
Ale co zrobić jak jest za gorąco? Ostatnio upały mamy nieziemskie.

Pojechałem kupić jakis wentylator. Był jeden, ostatni. Ale zepsuty... Miał ułamane śmigło.
- Ale Pan wybredny.... - usłyszałem od pani sprzedawczyni.
- Jak ten pan nie chce, to ja, to ja biorę!!! - krzyknął zza moich pleców jakiś mocno przepocony jegomość.
- Zaraz!!! Kto powiedział, że nie chcę? - odparłem - biorę co jest. Tylko dziwię się czemu popsuty wentylator kosztuje dwa razy tyle, co w styczniu kosztował sprawny.

Przyjechałem do domu. Właczyłem wentylator i .... po pięciu minutach poczułem swąd palącego się silniczka.
"Może jednak trzeba było odstąpić ten wentylator temu przepoconemu..." - pomyślałem z wyrzutem wobec siebie, bo zwykle uczynny jestem wobec bliźnich.

Otworzyłem wszystkie okna. Przewiewu to nie zrobiło.

Zrobiłem wachlarz z gazety. Po pięciu minutach wachlowania zrobiło mi się goręcej, niż przedtem.
Zawołałem kobietę z kuchni i podałem jej wachlarz.
Nic z tego. Odwróciła się na pięcie szepcząc pod nosem coś, czego nie da się zacytować.

Rozebrałem się do naga.
Ale tylko wywołałem tym sensację u sąsiadki z przeciwka, a chłodu zbyt wiele to nie dało.

Zimny prysznic. Tak!!! Że też wcześniej o tym nie pomyślałem!!!
Niestety. Zimna woda okazała się być tak ciepła, jak ciepła w zimie.

Lodówka i zimne piwo!!!
... Moja kobieta akurat dziś wymyśliła sobie, że weźmie się za rozmrażanie...
#VLNM
Zgrzewka piwa miała temperaturę rosołu, bo kobieta położyła je w kuchni na parapecie. To chyba jednak zła kobieta jest - dopiero dziś zdałem sobie z tego sprawę.

Zdesperowany włączyłem TV.
Akurat trwała konferencja prasowa z Pałacu Prezydenckiego, w której Pan Prezydent zapowiedział, ze będzie się starał o drugą kadencję.

Od razu mnie zmroziło.

16:52, vampi_r
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 marca 2009
Sylwester

1 stycznia (około 6 rano)

- Świetny Sylwester – rzuciłem wychodząc ze Ślubną od Grzegorzów – za rok zapraszamy do nas.
- No co ty? – zdziwił się Grzegorz – do tej Waszej klitki?
- Nie – odparłem – za rok zbudujemy już nowy dom. Nic wielkiego – takie tam 200 metrów z ogrodem zimowym i basenem.
- Przez rok chcecie zbudować dom? – tym razem zdziwiła się Grzegorzowa – dacie radę?
- Damy. Plan jest ambitny, ale realny. Na pewno zdążymy – rzekłem stanowczo - za rok zaparszamy na Sylwestra do naszego nowego domu.


Styczeń

Jeździmy ze Ślubną w poszukiwaniu działki. Jedna nawet przypadła nam do gustu. Była wyjątkowo tania.
- To okazja – zachwalał Agent Nieruchomości – cisza i spokój, a dojazd dobry.
- Cisza i spokój może są, ale z tym dojazdem chyba Pan przesadził – odpowiedziała Ślubna wycierając zabłocone buty o zaspę śniegu.
- No… na razie może dojazd jeszcze nie za bardzo ... – zmieszał się Agent – ale już niedługo, gdy zbudują autostradę …
- O! To będzie w okolicy jakaś autostrada? – powiedziałem chuchając jednoczesnie w zmarznięte dłonie – To dobrze. A gdzie dokładnie?
- No… niedaleko… - odpowiedział cicho Agent.
- To znaczy gdzie? – spytała się Ślubna.
- No …. tak mniej więcej tu – Agent wskazał miejsce na łąkę, gdzie myślałem, by wychodziły okna naszej sypialni - to ma być autostrada na Euro 2012, więc niedługo powinni zacząć budować, by zdążyć...


Luty

- Grunt to projekt – powiedziałem do Ślubnej – działkę jakąś znajdziemy, ale bez projektu domu nie zbudujemy.
Przysiadłem przy stole kuchennym i z zapałem zacząłem kreslić zarys naszego domu na papierze śniadaniowym.
- Tu salon… 50 metrów chyba wystarczy, sypialnia 20 metrów, gabinet, sala bilardowa, łazienka…dwie łazienki, ... a tu kuchnia …
- Kuchnię chcę tu – Ślubna wskazała na przeciwległy skraj papieru.
- Ale co ty kobieto się wtrącasz? – odpowiedziałem – projektowanie domu do męskie zajęcie.


Marzec

- Jak idzie budowa domu? – pytał głos Grzegorza ze słuchawki
- Na razie mamy pewne przejściowe problemy – odparłem – ale na pewno zdążymy na czas. Sylwester u nas jest nie zagrożony.


Kwiecień

A niech ma tą kuchnię tam, gdzie chce – pomyślałem sobie wycierając ręce o fartuch
- Kochanie – szeptałem czule do słuchawki – wracaj od Mamusi. Powiedziałem Projektantowi, by kuchnię zrobił tam gdzie chcesz.


Maj

- Nie mogę dać Panu pozwolenia na budowę jeśli nie ma Pan konkretnej działki – Urzędnik beznamiętnie cedził słowa.
- Ale my wciąż szukamy odpowiedniej działki – tłumaczyłem się – Natomiast zależy nam na czasie, bo ….
- Nie mogę dać pozwolenia tylko na podstawie projektu – Urzędnik się upierał.


Czerwiec

W sumie, to czy nam tak bardzo będzie przeszkadzać ta autostrada? Ponoć będą ekrany, a sypialnię zrobię z drugiej strony. Poza tym przynajmniej dojazd będzie dobry...


Lipiec

- Nie mogę dać Panu pozwolenia na budowę, jeśli nie ma Pan decyzji środowiskowej – Urzędnik cedził beznamiętnie słowa.
- Jakiej decyzji?!?! – spytałem zdziwiony.
- Środowiskowej – odpowiedział urzędnik – No wie Pan, musi Pan wykazać, że ten dom nie zagrozi ptaszkom i żabkom.
- Jakim ptaszkom? – jęknąłem – przecież 20 metrów obok będzie autostada, więc ptaszków i żabek nie będzie.
- Ja to rozumiem – cedził beznamiętnie Urzędnik – ale takie są nowe przepisy. Bez decyzji środowiskowej nie mogę dać pozwolenia.


Sierpień

- Na pewno zdążymy – odpowiedziałem Grzegorzowi – co najwyżej nie będzie jeszcze basenu i ogrodu zimowego.
- Ale mamy już sierpień, a Ty nie masz jeszcze nawet pozwolenia - Grzegorz powątpiewał
- Nic takiego – odparłem – teraz są takie technologie, że stawiają dom w tydzień. Zaprosiłem na Sylwestra już Staszka z Grażyną i Jaśków. Na pewno zdążymy ze zbudowaniem domu - dodałem bardzo stanowczym tonem.


Wrzesień

- Nie mogę dać Panu decyzji środowiskowej, bo Pana dom stanie na szlaku migracji kuny – powiedział Wójt
- Jakiej znowu kuny?!?! – wrzasnąłem.
- Normalnej, leśnej – odparł Wójt – akurat w tym miejscu migruje kuna leśna.
- Przecież w okolicy nie ma lasu – oponowałem
- Właśnie dlatego kuna migruje i Pana dom będzie jej w tym przeszkadzał – upierał się Wójt – Ale nic straconego – dodał po chwili – akurat mój syn specjalizuje się w migracji kun leśnych, więc napisze Panu aneks do raportu i po kłopocie. Będzie to kosztowało jakieś … hmmm ... 15 tysięcy, ale z tym aneksem wydam decyzję środowiskową. Może Pan zapłacić już teraz, by było szybciej.

Po tygoniu długowłosy młodzieniec dostarczył mi ów aneks. Dwie strony jakiegoś bełkotu z konkluzją, że jednak mój dom nie będzie przeszkadzał w migracji kuny leśnej, bo pobliska autostrada i tak wszystkie wypłoszy.


Październik

- Nie mogę dać Panu kredytu – powiedział Pracownik Banku – Kryzys jest i Prezes wstrzymał wydawanie kredytów.

- Kochanie – powiedziałem do Ślubnej – chyba trzeba będzie zrealizować plan B. Wystarczy nam dom połowę mniejszy, bez sali bilardowej i z jedną łazienką, a basen i ogród zimowy zbudujemy później.


Listopad

- Na pewno zdążymy – odpowiedziałem zaniepokojonemu Grzegorzowi – Ten Sylwester będzie u nas, choćbyśmy mieli urządzić go na klatce schodowej w naszym bloku. Liczy się towarzystwo, a nie miejsce. Czy to moja wina, że wszyscy budowlańcy wyjechali do Anglii? Ale w końcu kogoś znajdę.


Grudzień

Dostałem decyzję o wywłaszczeniu działki pod autostradę. Okazało się, że z powodu protestu ekologów, i by autostrada nie zniszczyła siedliska chrząszcza Malachius bipustulatus, przesunięto trasę i przechodzi teraz ona przez sam środek naszej działki, a salon w naszym domu wypada w pasie dzielącym jezdnie. Inwestor niniejszym zawiadamia, że wszystkie uzyskane przeze mnie decyzje i pozwolenia dla budowy domu zostały uchylone.

- Kochanie – powiedziałem do Ślubnej – realizujemy plan C. Dom zbudujemy później i gdzie indziej. A w sprawie Sylwestra wyniesiemy wersalkę do piwnicy, a wtedy jakoś zmieścimy się wszyscy w naszej klitce.
- Nawet jak pozbędziemy się wersalki, to nie zmieści się u nas 20 osób – oponowała Ślubna – Grzegorzowa powiedziała, że jakby co, to znów zapraszają do siebie.
- Ten Sylwester będzie u nas i koniec. To sprawa honoru.


31 grudnia

Grzegorz właśnie zadzwonił, że Grzegorzowa się rozchorowała i nie przyjdą. Chwilę potem zadzwonił Staszek z informacją, że wypadł mu dyżur w pracy. Następny był Jasiek, któremu suka akurat zaczęła się szczenić. Potem inni… Ostatni zadzwonił Kuba i tak jakoś mi się zdawało, że słyszę w tle głos Grzegorza oraz muzykę, choć Kuba przekonywał, że właśnie utknął w windzie.

- Kochanie – powiedziałem do Ślubnej – realizujemy plan D. Co dziś w telewizji?
- Przepraszam, ale wychodzę do Mamusi, bo akurat się rozchorowała – odpowiedziała Ślubna poprawiając suknię wieczorową.

Zostałem sam.
- Jedyna pociecha, że z tą autostradą też nie zdążą - pomyślałem - właśnie wczoraj zaskarżyłem decyzję środowiskową, z powodu przeciecia szlaku migracji kuny leśnej.



Tagi: autostrada
21:48, vampi_r
Link Komentarze (3) »
niedziela, 09 marca 2008
Psy

Właśnie obalaliśmy z chłopakami trzecie piwo pod sklepem, gdy z piskiem opon zatrzymała się koło nas czarna limuzyna. Wysiadł z niej jakiś facet w czarnym garniturze i w ciemnych okularach.

- Zdzichu? – szepnął z niedowierzaniem Zbyniek.

- Eee… nie – odpowiedziałem – Zdzichu w życiu nie ubrałby się jak pajac.

Facet podszedł do nas, zdjął okulary i szeroko się uśmiechnął.

A więc jednak. To był Zdzichu.

- Chłopie!!! – wrzasnął Muniek – gdzieś zniknął na tyle tygodni? Już myśleliśmy, że znów psy cię zgarnęły.

- Echhh – machnął ręką Zdzichu – nie uwierzycie co mnie spotkało.

- No co? – spytałem – wystroiłeś się jak na pogrzeb, buchnąłeś komuś brykę. Jak nic idziesz się oświadczać Maryśce.

- Echhh – znów machnął ręką Zdzichu – Nie….

- To co się innego stało? – spytałem.

- A więc było to tak – rozpoczął swoją opowieść Zdzichu – siedzieliśmy sobie z Mietkiem i kilkoma jego kumplami pod barem „U Stacha”…

- Czy to tam, gdzie co piąte dają gratis? – spytałem

- Tak – odparł Zdzichu – No więc siedzimy, pijemy już trzecie gratisowe piwo, gdy podeszło do nas kilku takich… no… niby psy, ale po cywilnemu. Myśleliśmy, że będzie zadyma, ale nie. Podeszli do nas i powiedzieli: „Kto nie zhańbił się pracą dla komuchów, niech podniesie rękę”.  No i ja i Mietek żeśmy podnieśli…

- No fakt – pomyślałem – Zdzichu nigdy nie zhańbił się żadną pracą.

- Zabrali mnie z Mietkiem do swojej bryki – ciągnął dalej Zdzichu –  i zawieźli do takiego ośrodka. Niby pełna kultura, trawa jak malowana, ale za wysokim murem. Już myśleliśmy, że nas zakiciorowali i chcieliśmy dać drapaka, ale za dużo psów było dokoła. Wpierw zaprowadzili nas do łaźni, potem dali każdemu po czarnym garniturze i parze okularów, zaprowadzili na stołówkę… Cholercia… Nigdy tak dobrze nie jadłem… Echhh…

- No i co dalej? – zapytał zniecierpliwiony Muniek, bo Zdzichu na wspomnienie posiłku zamyślił się i zaczął mimowolnie gładzić po brzuchu.

- Dalej? – ocknął się Zdzichu – Dalej… No… Zaprowadzili nas na taką salę, gdzie ławki jak w szkole. Posadzili każdego osobno. Potem przyszedł jakiś pan profesor i truł coś przez 6 godzin o patriotyźmie, służbie dla kraju i takie tam dyrdymały. I tak codziennie przez dwa tygodnie. Ja tam z tego nic nie załapałem. Mietek też nie. Dobrze, że chociaż dawali dobrze zjeść… Echhh…

- No a po tych dwóch tygodniach? – szturchnąłem Zdzicha, bo znów się zamyślił o żarciu.

- Po dwóch tygodniach? – ocknął się Zdzichu – po dwóch tygodniach dali mi tą bryke i kazali wozić takiego konusa, co go często w tiwi pokazują.

- No co ty? – odparł z niedowierzaniem Zbyniek – przecież ty nie znasz przepisów i nawet prawa jazdy nie masz.

- A na co mi prawo i przepisy – wyjaśnił Zdzichu – jak jadę z tym konusem, to włączam koguta i po prostu pruję przed siebie, a wszyscy mi ustępują.

- A Mietek? – spytałem – co z Mietkiem?

- Mietek? – odpowiedział Zdzichu – Mietek wozi tego drugiego konusa. No dobra panowie. Chętnie z wami bym obalił kilka browarów, ale lecieć muszę, bo mój konus zaraz kończy spotkanie i będzie się wściekał, gdy mnie nie zastanie.

Zdzichu wsiadł do swojej bryki, włączył koguta i zostawił nas oniemiałych i z opadniętymi szczękami.

Minęło pół roku.

Staliśmy sobie jak zwykle pod sklepem i obalaliśmy browary. Ziąb był taki późno listopadowy. Wtem podchodzi do nas Zdzichu, ale taki jakiś odmieniony. To znaczy odmieniony, niż ostatnio go widzieliśmy, bo zamiast czarnego garnituru znów miał kufajkę oraz baretkę.

- Cześć – powiedział cicho – dajcie na browara.

Staliśmy przez chwilę oniemiali.

- A gdzie twoja bryka? – zapytałem w końcu.

- Echhh – westchnął Zdzichu – mój konus co go woziłem nagle przestał być ważny. Przyszedł jakiś inny, taki strasznie przemądrzały. Zaczął węszyć. Zapytał się mnie o jakieś „referencje”. No i afera się zrobiła, gdy doszli, że połowa tych psów, co po cywilnemu chodzili, pochodzi z takiej łapanki, na jaką złapali minie i Mietka. No i wywalili wszystkich. Szkoda cholercia, bo całkiem niezłą kasę płacili przez te pół roku.

- Niezłą, to znaczy ile? – zapytał Zbyniek.

- A no… tak z dziesięć papierów na rękę było – odpowiedział Zdzichu.

Zakrztusiliśmy się wszyscy z wrażenia, że aż nam pianka nosem wyszła.

- Całkiem sporo – kontynuował Zdzichu – nawet pod koniec przestałem podbierać matce jej rentę, bo na wszystko mi starczało.

- I teraz prosisz nas o dwa zety na browara? – spytał ze zdziwieniem Muniek

- Echhhh… - zasmucił się Zdzichu – konus co go woziłem mówił, że tak będzie zawsze. Taki pewny był… Więc specjalnie nie oszczędzałem. No przeinwestowałem normalnie na te łiskacze i inne takie myszowate trunki.

- A gdzie Mietek? – zapytałem przytomnie.

- Mietek? – odparł Zdzichu – utrzymał się. Jeździ z tym drugim konusem, który wciąż jest ważny. Powiedział, że na bank utrzyma się jeszcze dwa lata z hakiem. Temu to dobrze.

19:25, vampi_r
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 lutego 2008
Śniadanie

Maciek zerwał się z łóżka na równe nogi. Zaspał. Za dwie godziny miał samolot do
Polski, a musiał jeszcze przejechać pół Nowego Yorku, by dostać się na lotnisko.
Złapał walizkę (jak to dobrze, że spakował się wczoraj) i ubierając się w
biegu wyleciał z hotelu łapać taksówkę.
Oczywiście nie jadł nawet śniadania. Choć żołądek przypominał o swoich prawach
do porcji jajecznicy na bekonie, kilku grzanek i szklanki soku pomarańczowego.
- Zjem coś na lotnisku - pomyślał.

Taksówkarzowi najwyraźniej nie spieszyło się.
Maciek poganiał go, jak mógł, ale ten chyba znał tylko OK po angielsku, bo w kółko powtarzał to jedno słowo. Maciek wpadł do budynku portu lotniczego w momencie, jak ogłaszali, że właśnie zakończyła się odprawa pasażerów lotu 80206 do Warszawy.
Pognał w kierunku bramki 23 potrącając po drodze kilka osób. Wpadł do samolotu w momencie zamykania drzwi.

Samolot zaczął właśnie kołować.
- Przepraszam Panią, kiedy podacie śniadanie - zziajany i jeszcze bardziej głodny Maciej zapytał stewardessy.
- Zaraz, jak osiągniemy prędkość przelotową, proszę Pana.
Maciek rozejrzał się dookoła. Obok niego siedział jakiś nieogolony arab, dalej kilku murzynów i jakieś zakonnice.
- No ładnie - pomyślał - przez tyle godzin nawet nie będzie z kim porozmawiać.
Tymczasem żołądek swoimi pomrukami coraz głośniej oznajmiał swoją pustkę, a kołowanie samolotu po płycie lotniska zdawało się nie mieć końca.

Właśnie zgasł napis "zapiąć pasy".
- No to wreszcie czas na śniadanie - pomyślał Maciek.
Ale w tym samym momencie siedzący obok arab zerwał się na równe nogi i odsłaniając baterię ładunków wybuchowych, którymi był przepasany zaczął coś wykrzykiwać.
Zamieszanie, jakie powstało, nie wróżyło szybkiego posiłku.
- Porywaj sobie samolot, ale po śniadaniu - jęknął Maciek.
- Whaaaat! - wrzasnął arab pochylając się nad wygłodniałym.
- Thaaat! - odparł Maciek, chwytając jednocześnie porywacza za obie ręce i zadając silny cios czołem w jego nos.
Konsternacja trwała kilka sekund, ale zaraz siedzący nieopodal murzyni zwalili się na nieprzytomnego porywacza obezwładniając go doszczętnie, a jedna z zakonnic zdzieliła go jeszcze swoją książeczką modlitewną przez głowę.
Zaraz potem rozległy się głośne oklaski i wiwaty reszty pasażerów.

- Och, gdyby nie Pan zapewne kiepsko byłoby z nami - odezwała się stewardessa.
- Dobra, dobra. Czy mogę wreszcie dostać swoje śniadanie?
- Och nie! Teraz musimy zawrócić na lotnisko, służby specjalne zajmą się porywaczem i przeszukają samolot, a Państwo zaczekają w hali tranzytowej. Potrwa to ledwie 4-5 godzin. Dopiero potem wystartujemy.


Maciek nie zastanawiał się długo. Szybkim ruchem zdjął z porywacza ładunki wybuchowe i przepasał się nimi.
-
A teraz proszę o śniadanie i to już!!!!
Nie wszyscy chyba wiedzą, że Polak jak głodny, to zły.

12:16, vampi_r
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 stycznia 2008
Pomyłka

Ze snu wyrwał mnie nagle dzwonek telefonu. Przez moment nie wiedziałem, czy to jeszcze resztki marzeń sennych, czy rzeczywistość. Po krótkiej chwili po omacku  odszukałem w ciemności słuchawkę, uniosłem ją zaspaną dłonią i przyłoztłem do jeszcze bardziej zaspanego ucha.
- Słucham.... – rzuciłem z trudem powstrzymując ziewanie.
- Czy wie Pan, kto mówi? – po drugiej stronie odezwał się głos z lekkim wschodnim akcentem.
- No... chyba... domyślam się – odparłem dwuznacznie, bo nie miałem zielonego pojęcia kto był po drugiej stronie drutu. Liczyłem, że głos i tak zaraz mi powie.
- To dobrze, bo nam to ułatwi sprawę – ciągnął głos z telefonu – „Szakal” ma dla Pana ciekawą propozycję, Panie Bremer.
- Przepraszam, ale to najwyraźniej pomyłka – rzuciłem stanowczym i lekko poirytowanym tonem i odłożyłem słuchawkę. Nie lubię, jak ktoś budzi mnie w środku nocy. Tym bardziej, że mam jutro pierwszą zmianę.

Po chwili telefon zadźwięczał ponownie.
- Niech Pan nie odkłada słuchawki. – odezwał się ten sam głos ze wschodnim akcentem – Wiemy, że po tych ostatnich wybrykach z naszej strony, miał Pan prawo stracić do nas zaufanie. Tym razem jednak „Szakal” nie zamierza już z Panem więcej grać w kotka i myszkę, za drogo nas to kosztuje. No i te straty w naszych ludziach.....
- Przykro mi bardzo – odparłem i chciałem po krótkiej przerwie na ziewnięcie dorzucić, że to pomyłka, ale głos kontynuował.
- Nam też jest przykro, tym bardziej, że straciliśmy najlepszych naszych agentów.
- ... To pomyłka – udało mi się wreszcie dokończyć swoje poprzednie zdanie.
- Wiemy, że to była pomyłka z naszej strony. Nie doceniliśmy Pana. Dlatego chcemy ugody. Dajemy Panu 2 miliony, a Pan zaprzestaje swojej działalności. OK?
- Czy to jakieś żarty? – wrzasnąłem niemal do telefonu, bo spojrzałem na zegarek – było po trzeciej w nocy, ja musiałem o piątej wstać, by zdążyć na osobowy piąta trzydzieści do Małkinii, a tu ktoś mnie budzi i jaja se robi.
- No dobra – po krótkiej przerwie odezwał się głos w telefonie – niech będzie 5 milionów i luksusowa willa na Karaibach.
- 5 milionów czego? – zapytałem z głupiej ciekawości.
- Dolarów amerykańskich, jeśli poda Pan nam numer swojego konta, to za chwilę zrobimy przelew.

Aż usiadłem z wrażenia. 5 milionów dolarów, to jakieś.... jakieś.... (starałem sobie przypomnieć ostatni kurs USD/PLN) 14 milionów złotych.... i to z ogonkiem. Przy mojej pensji konduktora PKP i rocznych zarobkach (łącznie z łapówkami od gapowiczów) rzędu 19 tysięcy złotych.... musiałbym pracować na tyle kasy przez prawie 700 lat. Nie wiem, czy aż tyle uda mi się pociągnąć na kolei, bo wciąż straszą zwolnieniami.
- No jak? – zapytał głos w telefonie
- Muszę tylko podać numer konta i dostanę pieniądze? – upewniłem się jeszcze
- Tak. Ale jest jeden warunek, że już dziś najbliższym samolotem leci Pan przez Frankfurt do Miami, a potem wynajętym samolotem na Karaiby. Mamy już naszykowane wszystkie rezerwacje. A na Karaibach będzie na pana czekać luksusowy dom z basenem. Niech Pan tylko da nam już spokój i zakończy swoją działalność.
- Dziś mam lecieć na Karaiby? A żona? – w tym momencie spojrzałem na wciąż chrapiącą opok Helę.
- Ech, kobieciarz z Pana, Panie Bremer. Już tam będzie czekać jakaś „żona”. Powiedzmy czwarta vice miss Tajlandii. – głos w słuchawce przyjął nieco rubaszny ton.
- Słucham??? – rzuciłem zaskoczony
- No dobra – pierwsza vice miss. Zresztą co za różnica – one i tak są wszystkie jednakowe. Mówiono mi, że jest Pan drobiazgowy, ale żeby aż tak?
- Dobra, może być pierwsza vice miss – postanowiłem pójść w tej kwestii na ugodę.
- To jak? Poda mi Pan ten numer konta? Zaraz, jak tylko wsiądzie pan do samolotu, dokonamy przelewu. Będzie Pan sobie żył dostatnio w ciepłym klimacie do końca życia.

Zapaliłem lampkę nocną i poszukałem na stoliku, wśród niezapłaconych rachunków, ostatniego ostrzeżenia z PKO o przekroczonym debecie.
- 1234 6789 2220 1101 ..... – dyktowałem ostrożnie, by się nie pomylić – moje nazwisko Zenon Ociepka.
- Ocipka? – spytał głos
- Nie Ocipka, tylko Ociepka, od ciepania – rzuciłem wyuczoną formułkę, bo wszyscy od dziecka mylili się tak samo w moim nazwisku.
- Dobra, zapisałem – odezwał się głos – Ociepka, hehe... czy na to samo nazwisko potwierdzić wszystkie rezerwacje na samoloty oraz wystawić amerykańską wizę?
- Tak. O której mam być na Okęciu?
- O 6:54 ma Pan samolot do Frankfurtu. Bilety, wizę i dalsze instrukcje otrzyma Pan w kasie Lufthansy. Niech Pan poda hasło "Szary wilk" – głos był najwyraźniej bardzo zadowolony – ciszę się, że doszliśmy do porozumienia. Niech się Pan nie obawia. Nikogo z naszych ludzi nie będzie na lotnisku. Nie chcemy już więcej z panem zadzierać.

Wstałem z łóżka i ubrałem się szybko w stare dżinsy i szare polo. Spojrzałem na budzik – dochodziła 4 nad ranem. By zdążyć na lotnisko musiałem złapać jeszcze ostatni nocny autobus. Wyjąłem spod pościeli w szafie swój paszport i schowałem do tylnej kieszeni spodni.

14 baniek na koncie, dom w ciepłych krajach i vice miss Tajlandii.... hmmm.
Spojrzałem na swoją Helę. No tak – nawet do dziesiątej vice miss nieco jej brakowało... Rzekłbym, że brakowały jej same trzydziestki – 30 kilo (minus), 30 centymetrów (plus) i 30 lat (też minus).
- Gdzie łazisz po nocy, Zenek? – to ślubna się nagle obudziła i swym jak zwykle skrzeczącym tonem, poprawiając jednocześnie swoje papiloty, zadała to niewygodne pytanie
- Wychodzę do kiosku po papierosy, kochanie.
Śpij dalej.

12:27, vampi_r
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 października 2007
KANDYDAT

Kandydat wbił pierwszą łopatę. Rozbłysły flesze fotoreporterów, a zebrany tłum zawiwatował. Teraz jeszcze tylko przemowa i wybywamy z tej pipidówy – pomyślałem z radością, bo ziąb był dziś niebywały.
Kandydat wszedł na mównicę
- Tylko błagam, krótko – szepnąłem Kandydatowi, gdyż znałem jego ciągoty do długich oracji.

- Moi przyjaciele – zaczął swoją przemowę Kandydat, co nie wróżyło krótkiego spiczu – jak wszyscy zapewne wiecie, to kocham to miejsce. Kocham to miasto. Jedno z piękniejszych miast w Polsce – Węgrowiec...
W tym momencie zauważyłem jak stojący obok Burmistrz skrzywił się niemiłosiernie.
- Jesteśmy w Węgrowie, a nie w Węgrowcu – szepnął do mnie lekko poirytowany.
Spojrzałem na harmonogram wizyt Kandydata. No tak... w Węgrowcu byliśmy wczoraj. O matko!!!
- ... i w tym miejscu chciałem przyrzec – ciągnął swoją przemowę Kandydat – że obwodnica, której budowę przed chwilą rozpocząłem ...
- Tu ma być szkoła, a nie jakaś śmierdząca obwodnica – to Burmistrz znów nachylił się do mojego ucha.
Szybko sprawdziłem w swoim kajecie. Fakt... do obwodnicy jedziemy po południu, ale otwierać, a nie rozpoczynać budowę. Spojrzałem na zebrany tłum. Na szczęście nagłośnienie było słabe, bo na twarzy nikogo poza miejscowymi oficjelami stojącymi najbliżej nie malowała się dezaprobata.
- ... dlatego też namawiam na głosowanie na mojego przyjaciela, burmistrza Kowalskiego – Kandydat kończył na szczęście swoją przemowę
- Ja się nazywam Nowak – jęknął Burmistrz
- Proszę wybaczyć – odpowiedziałem – Kandydat ma masę wizyt na różnych uroczystościach. To piąte wbicie pierwszej łopaty w tym tygodniu, a mamy dopiero wtorek. Mogło więc coś Kandydatowi się pomylić.

- No ale - kontynuował Burmistrz - Kandydat już trzeci raz w ciągu ostatnich sześciu lat rozpoczyna budowę tej szkoły i za każdym razem się myli. Mógłby w końcu zapamiętać.

- Obiecuję, że za 4 lata wszystko pójdzie jak z płatka - odparłem wycierając kancikiem swojej chusteczki resztki piany z ust Burmistrza - A w zasadzie dlaczego nie chce Pan obwodnicy?

- Mamy już obwodnicę, bo Niemcy w czterdziestym czwartym ją zbudowali - rzucił mocno już zdenerwowany Burmistrz.

Wsiedliśmy zziębnięci do limuzyny.
- No i jak wypadłem? – Kandydat najwyraźniej zadowolony z siebie zadał mi to niewygodne pytanie
- Wspaniale – skłamałem, gdyż Kandydat nie znosił krytyki, a ja chciałem zachować swoją funkcję Sekretarza.
- Jaki mamy dalszy harmonogram ? – zapytał wciąż zadowolony z siebie Kandydat
- Za godzinę otwieramy 100 metrów autostrady, a wieczorem odsłaniamy pomnik ziemniaka – odpowiedziałem - na koniec, około północy, czytamy dzieciom bajki w Radiu Maryjanna.
- To znakomicie – odparł Kandydat – zdrzemnę się trochę. Obudź mnie jak wyjedziemy już na tą autostradę.
- Aha ... – mruknąłem cicho, lekko zatrwożony, gdyż spoglądałem właśnie na jutrzejszy harmonogram. Na samej górze widniała pozycja: 10:00 - „przyznanie tytułu Palanta Roku”.

---------------

Fikcja zbyt daleko nie odbiega jednak od rzeczywistości:

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,4581543.html

http://miasta.gazeta.pl/kielce/1,35262,4538507.html

19:08, vampi_r
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 września 2007
BASEN

Obudziłem się rano i mnie olśniło.
W pokoju gościnnym zrobię basen. Tak, to świetny pomysł. Nigdzie i u nikogo nie widziałem basenu w mieszkaniu w bloku, wszyscy więc będą mi zazdrościć.
I już zacząłem sobie wyobrażać jak goście zamiast przy normalnym stole siedzą sobie w basenie i posilają się z talerzy pływających na tackach, gdy leżąca obok ślubna zapytała:
- Nie śpisz już kochanie?
- Nie. Miałem sen i mnie olśniło. Zbudujemy sobie basen w pokoju - odpowiedziałem
- Yhyyy – ślubna zamamrotała gubiąc resztki sennych wątków i przeciągając się na łóżku.

Wstałem, ubrałem się i pocwałowałem do salonu robić projekt basenu.
Przed obiadem miałem wszystko rozrysowane na 20 kartkach. Plan ogólny, widok z góry, przekroje. Przewidziałem nawet półkę szeroką na 30 cm przy ścianie, by ślubna mogła przejść z zakupami do kuchni nie mocząc sobie stóp. Do kuchni niestety jedyna droga prowadziła przez nasz salon, co komplikowało mi co nieco możliwości, ale półka na przejście sucha stopą załatwiała sprawę.
Podczas obiadu przedstawiłem rodzinie swoją koncepcję rzucając dumnie na stół przed wszystkimi kartki z projektem.
- Co to jest? – nieśmiało zapytała ślubna.
- Jak to co? – odpowiedziałem – projekt basenu, który zbudujemy sobie w salonie. Mówiłem Ci rano, a ty się zgodziłaś.
- Ja?!?!?!?! – zdziwiła się ślubna.
- Czyż tyś oszalał synku? Po co Ci basen w pokoju? Jeszcze zalejesz sąsiadów – moja mama jak zwykle widziała dziurę w całym.
- O! Kolejny głupi pomysł taty – dodał Miecio
- Ależ tatku, w naszym 14-sto metrowym salonie nie zmieści się basen – dorzuciła swoje Jadzia.

- Jak wy nic nie rozumiecie!!! Wszystko się zmieści, pomysł wcale nie jest głupi i nie zalejemy sąsiadów – odpowiedziałem używając merytorycznych argumentów – tu macie mój projekt. W czasie obiadu ogłaszam konsultacje rodzinne.
Rodzina pochyliła się nad kartkami, na których wszystko było rozrysowane.
Po pięciu minutach przeglądania mojego projektu ślubna wstała od stołu.
- Komu dolewkę zupy? – spytała
- Mnie!!! – wrzasnął Miecio
- Ja już dziękuję, bo dbam o linię – odpowiedziała Jadzia
- A ja poproszę jeszcze troszkę – moja mama nigdy nie dbała o linię.
- Zaraz. Co Wy tu o zupie! Siadać! Teraz konsultujemy projekt basenu – odezwałem się urażony olewającym stosunkiem domowników wobec mojej wizji.
- Ależ co my tu mamy konsultować – odparowała ślubna – ta twoja wizja jest durna i tyle. Zapomnijmy o tym.
- Twoja żona ma rację synku – dorzuciła swoje mama.
- Co to to nie!!! – uparłem się – będzie basen i już. Proponuję demokratycznie przegłosować wszystko. Większość zdecyduje.


Wziąłem 5 kartek czystego papieru i napisałem na nich pytanie:
"Czy jesteś za rozwojem i zbudowaniem basenu w salonie wg mojego pomysłu?"
Poniżej wielki kwadrat z równie wielkim "
TAK". Obok mały kwadracik z jeszcze mniejszym "nie".
Rozdałem kartki wszystkim.
- Głosujemy. Głosowanie jest tajne. Kartki proszę wrzucać do szuflady w komodzie. Macie wszyscy czas do wieczornych wiadomości – zarządziłem.
Nie czekając postawiłem wielkie plus w kratce obok TAK, wrzuciłem do szuflady, po czym wyszedłem na spacer z psem.
Jak nastał koniec czasu na głosowanie zajrzałem do komody. Była tylko moja kartka....
Zwołałem wszystkich. Przyszli niechętnie.
- Po przeliczeniu głosów ogłaszam. W głosowaniu wzięło udział 20% uprawnionych. 100% głosujących opowiedziało się za rozwojem i basenem. Wolą większości budujemy więc basen w salonie.

Życie przerosło w tym przypadku fikcję:
http://miasta.gazeta.pl/bialystok/1,35241,4147971.html

 http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,4149166.html

17:39, vampi_r
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 września 2007
ZEMSTA PO LATACH

Przemek wpadł do nas zdyszany i bardzo, ale to bardzo podekscytowany.
Spojrzał na mnie z niepewnością w oczach...
- Jarek – podpowiedziałem.
- Jarku. Mam wam coś ważnego i bardzo okropnego do przekazania – wykrztusił Przemek po chwili jak już złapał oddech – proponuję spotkać się zaraz po drugim śniadaniu.
Przemek nieraz miał dziwne pomysły i urojenia, ale tym razem na jego twarzy widniało zdecydowanie i determinacja.
- Czemu nie – odparłem więc po chwili namysłu – zawiadomię swoich.

Zaraz po drugim śniadaniu w świetlicy zebrało się całe nasze bractwo.
- Słuchajcie – zaczął Przemek – właśnie wczoraj się dowiedziałem, że całe życie byliśmy oszukiwani!!!
Na sali zapanowała konsternacja....
- Jak to oszukiwani? – spytałem z niedowierzaniem – Od kogo masz te informacje?
- Nie ważne od kogo – powiedzmy że z pewnego źródła zbliżonego do kół pewnych – odparł Przemek. Znaczyło to ni mniej, ni więcej, że od swego brata.
- No to opowiadaj – niemal chórem zachęciło Przemka całe towarzystwo.
- No więc byliśmy oszukiwani, całe życie wpajano nam nieprawdę i to nieprawdę tak daleką od prawdy, że aż dostałem prawdziwego szoku, jak dowiedziałem się prawdy.
Przemek zawsze mówił dość rozwlekle i chaotycznie.
- A możesz podać jakieś konkrety – rzuciłem już lekko poirytowany.

- Otóż moi drodzyyyyy – Przemek modulacją głosu stworzył teraz prawdziwe napięcie – krasnoludki nie istnieją!!!!
- Jak to nie istnieją? – zapytał Leszek poprawiając sobie jednocześnie pieluchę.
- Normalnie, NIE ISTNIEJĄ – kontynuował Przemek – mało tego, te wszystkie opowieści o czarownicach i królewnach zamienionych w żaby, to zwykłe brednie.
- I o tych pięknych rycerzach, co pocałunkiem budzą królewny też?!?! – to Renatka niemal łkając pytała.
- Też – walnął bez ogródek Przemek – i o smokach też. To wszystko, co nam opowiadają dorośli to kłamstwo i zwykłe banialuki.
Spojrzałem w oczy Renatki i zauważyłem jak zachodzą łzami. Ona miała jeszcze coś w tych oczach, ale na razie nie bardzo wiedziałem co.
Rozejrzałem się po świetlicy. Całe towarzystwo wyglądało tak, jakby miało ryknąć płaczem.
- Nie, no teraz to przesadziłeś – warknąłem na Przemka.
- To granda! – krzyknęła Jola i poleciała z rykiem do łazienki.

Rozeszliśmy się w milczeniu. Tym bardziej, że nastała pora leżakowania i Pani Zuzia zaczęła nas układać do przedpołudniowej drzemki.
Ja jednak nie mogłem zasnąć. Cały czas myślałem o tym, co usłyszeliśmy od Przemka. Jeśli to wszystko, co nam powiedział było prawdą, to by znaczyło, że świat jest inny, niż nam wmawiano. To by znaczyło, że rzeczywiście dorośli nas podle oszukiwali. I to kto? – nasi rodzice. Ludzie, którym mieliśmy bezgranicznie ufać i kochać. I to wszyscy nasi rodzice. To jakaś zmowa dorosłych, jakiś układ!!!
Po co ja obcałowałem tyle tych żab? Ale durnia ze mnie zrobili.
Nie, nie, nie!!!! Trzeba coś z tym zrobić. Jakoś zadziałać i rozbić ten układ dorosłych. To nie może ujść im płazem. Przecież dorośli powinni mieć jakies zasady, a zasady zobowiązują. Ja chcę prawiedliwości.
Już ja się zemszczę!!!

- Czemu nie śpisz Jareczku? – to Pani Zuzia pochyliła się nade mną.
- Snuję plany na przyszłość pse Pani – odparłem.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------

Script by Vampi_r

11:48, vampi_r
Link Komentarze (1) »
czwartek, 06 września 2007
KOSZMAR

Przeglądałem ulotkę reklamową banku:

OKAZJA.
Superkredyt –  10% rocznie, możliwość negocjacji wysokości odsetek

- Czy to nie przesada, te 10%? – spytałem Pracownika Banku
- Uważa Pan, że to za mało? – odpowiedział Pracownik Banku – To może 15% Pana by satysfakcjonowało? W Superkredycie jest możliwość negocjacji wysokości odsetek
- Słucham? – rzuciłem oburzony – miałbym wziąć u Was kredyt i płacić 15% odsetek?
- Chyba źle Pan zrozumiał – odparł Pracownik Banku – to my Panu płacimy te odsetki.
- Jak to? – nie mogłem ukryć zdziwienia
- No normalnie – dajemy Panu 1 milion zł Superkredytu i dodatkowo płacimy 15% rocznie odsetek, czyli 150 tys. – wyjaśnił Pracownik Banku – Może Pan wziąć kredyt na 30 lat, a po każdym roku dopisujemy zapłacone odsetki do Pana kredytu i od tak skapitalizowanej kwoty naliczamy znów 15%. Tym samym płacimy Panu co roku coraz to większe odsetki. Po 30 latach będziemy musieli płacić Panu już ponad 5 mln.
Wybiegłem z Banku wietrząc w tym wszystkim jakiś podstęp i starałem się puszczać mimo uszu krzyki Pracownika Banku proponującego mi 20, a nawet 30% odsetek oraz miesięczną kapitalizację, bylebym tylko wziął od nich ten kredyt.


Na ulicy radośni przechodnie uśmiechali się do mnie, a każdy kolejny napotkany mówił mi „dzień dobry, piękny dziś dzień”. Zauważyłem jak młodzi ludzie w dresach i bez karków przeprowadzają staruszkę przez jezdnię niosąc jej jednocześnie ciężkie siatki z zakupami. Na rogu jakaś pani sprzątała trawnik po swoim piesku, a nieco dalej żebrak rozdawał ludziom pieniądze. Przechodziłem obok sklepu RTV. Przystanąłem na chwilę, by obejrzeć wystawę. Szła właśnie transmisja z obrad Sejmu, podczas której posłowie pod niebiosa wychwalali opozycję, a opozycja wygłaszała pochwalne peany pod adresem rządu.

Poczułem, że w głowie mi się kręci od tego wszystkiego. Poszedłem do lekarza. Ten zbadał mnie, osłuchał, zmierzył ciśnienie.
- Jest Pan zdrów jak ryba – odparł z uśmiechem Lekarz – a w dowód wdzięczności za badanie proszę przyjąć ode mnie tą bombonierkę.
Wyleciałem z gabinetu z czekoladkami pod pachą słuchając po drodze kilkunastu pozdrowień i wychwalania dzisiejszego dnia. Na ulicy z miejsca ci w dresach przeprowadzili mnie przez jezdnię, a żebrak wcisnął mi do kieszeni banknot 100 złotowy. Natknąłem się na Pracownika Banku, który zziajany i z gotową umową kredytową opiewającą na 75% odsetek zaczął mnie błagać, żebym tylko złożył swój podpis, wziął kredyt i założył u nich konto.

Nieeeeee!!!!
Obudziłem się z krzykiem zlany zimnym potem.
Zrzuciłem kota z pościeli i włączyłem nocną lampkę. Na stoliku obok leżała wczorajsza gazeta. Zacząłem nerwowo czytać nagłówki. „Korupcja w….”, „Były minister ujawnia kulisy układu…”, „Degręgolada klasy politycznej”, „Komisja śledcza w sprawie …”.
- Uffff… - westchnąłem uspokojony – wszystko wróciło do normy
Do pokoju weszła moja mama.
- Coś się stało synku? – spytała
- Miałem koszmar mamusiu – odpowiedziałem
- To nic syneczku, to tylko zły sen – mama wzięła mnie i przytuliła do siebie – może weź sobie dziś wolne, jesteś ostatnio taki przepracowany.
- Nie mogę mamusiu – odparłem tuląc głowę w jej ramionach – dziś spotykam się z Ministrami, a potem z Ambasadorem.
- Weź wolne – mama nie dawała za wygraną – w pracy zastąpi Cię dziś Lesio. Nikt się nawet nie zorientuje.
01:11, vampi_r
Link Komentarze (1) »
środa, 05 września 2007
Wróg Ludu

Przyszli po mnie o 5:30 rano. Załomotali w drzwi, a gdy nie otwierałem (nim się przebudziłem i uświadomiłem sobie, że ktoś wali w moje drzwi minęły dobre 2 minuty) wywarzyli je wraz z futryną. Było ich chyba z 30. Wszyscy w kominiarkach. Zwalili mnie z łóżka, pięciu funkcjonariuszy przycisnęło mnie twarzą do ziemi, a kilku kolejnych wykręciło ręce do tyłu i skuło kajdankami.
- O co chodzi Panowie? – wymamrotałem wreszcie
- Milcz śmieciu – syknął dowodzący akcją (tylko on na kominiarce miał przyczepione 4 gwiazdki).
Wyprowadzili mnie skutego i w pidżamie z bloku. Przed klatką stała telewizja, radio i prasa.
- Jak się Pan czuje jako wróg ludu? Czy warto było sprzeciwiać się władzy? Co by Pan zmienił w swoim postępowaniu? Czy był Pan molestowany w dzieciństwie? – dziennikarze przekrzykiwali się podkładając mi pod usta dziesiątki mikrofonów.
- Aaale.. o co chodzi? – wymamrotałem tylko.

Zawieźli mnie do jakiegoś gmaszyska z kratami w oknach. Zaprowadzili do obskurnego pokoju, w którym stało biurko z lampką, krzesło i stołek odwrócony do góry nogami. Chciałem usiąść na krześle, ale dostałem pałą przez plecy.
- Tu, tu siadaj – warknął jeden z funkcjonariuszy pokazując na stołek.
Po godzinie zjawił się jakiś człowiek. Usiadł na krześle za biurkiem i zaświecił lampą prosto w oczy.
- Tjaaaa – odezwał się po chwili przeglądając jakieś akta – sam przyznasz się do winy, czy mamy ci wszystko wyłożyć?
- Ale o co w zasadzie chodzi? – po raz trzeci tego ranka wymamrotałem to samo pytanie.
- O co chodzi!?!?!? – wrzasnął człowiek zza biurka – paragraf 44 „działanie na szkodę Państwa”. Minimum 15 lat więzienia!!!
- Że niby co? – spytałem nieśmiało
- A no to – odpowiedział człowiek zza biurka podsuwając mi pod nos teczkę.

Była to moja teczka.

- O tu – kontynuował człowiek zza biurka – zdjęcie jak idziesz w pochodzie 1-szo majowym i trzymasz w ręku portret Lenina.
Spojrzałem na zdjęcie i zobaczyłem siebie w wieku 8 lat.
- To nie Lenin, tylko Marks – odpowiedziałem – kazali całej klasie iść na pochód i zagrozili obniżeniem oceny ze sprawowania za nieobecność.
- Mamy kolejne zdjęcie – odparował człowiek – jak na koniec 6 klasy wręczasz swojej wychowawczyni tabliczkę czekolady. Artykuł 167 „przekupstwo urzędnika państwowego”.
- A no wręczam – nie zaprzeczyłem patrząc na zdjęcie – wszyscy coś wręczali, bo nasza pani wychowawczyni odchodziła ze szkoły.
- A to? – człowiek zza biurka nie dawał za wygraną pokazując akt mojego chrztu – nie ma wzmianki o bierzmowaniu.
- A no nie ma – odpowiedziałem – Jak może być taka wzmianka, skoro nie byłem bierzmowany?
- Ha, mamy cię!!! – wrzasnął człowiek zza biurka z nieukrywaną nutą triumfalizmu w głosie – Idziemy dalej. Dziś dokonaliśmy przeszukania twojego mieszkania – oświadczył przesłuchujący mnie – i znaleźliśmy to – tu pokazał koszulkę polo firmy Adidas.
- To jawne wspieranie obcego kapitału, czyli działanie na szkodę Polski, paragraf 576 – kontynuował
- Ależ to prezent jaki dostałem pod Choinkę – oświadczyłem – poza tym noszę same polskie ciuchy.
- W takim razie, co powiesz na to? – kontynuował człowiek zza biurka - Kopia wypowiedzi z forum, w której posłużyłeś się słowem Kaczor.
Popatrzyłem na kartkę papieru. Był to mój wpis z 2004 roku z jakiegoś forum, w którym krytykuję stan warszawskich ulic i inwestycji komunikacyjnych.
- Paragraf 666 „znieważanie najwyższych władz Państwowych” – ciągnął człowiek zza biurka.
- Ale wtedy najwyższe władze państwowe były tylko władzami w stolicy – zripostowałem przytomnie

- A to? – odparł człowiek – oryginał twojej karty do głosowania, na której krzyżyk postawiony jest w nieodpowiednim miejscu. Najwyraźniej nie chciałeś, by władze Warszawy stały się władzami Państwa. To artykuł 921 „usiłowanie uniemożliwienia organom walki z korupcją”, co w nowym kodeksie równoważne jest ze wspieraniem korupcji.
- O przepraszam – odpowiedziałem – nie udowodni Pan, że to moja karta do głosowania. Jest na niej tylko krzyżyk.
- Bądź spokojny – odparował człowiek zza biurka – pobraliśmy odciski palców, a krzyżyk został zbadany przez grafologa. Teraz kolejne dowody. Nagranie audio z twojego spotkania z pewną niewiastą. Oj, nie spotykaliście się tylko po to, by porozmawiać o pogodzie.... Złamałeś tym samym paragraf 1031 „obraza moralności”. Tym bardziej, że związek ów nie został wpierw uświęcony sakramentem małżeństwa.
- Czy żeście poszaleli?!?! – wrzasnąłem po odsłuchaniu 20-sto minutowego nagrania, które kończyło się okrzykami uniesienia – przecież za to wszystko, co Pan mi tu zaprezentował powinniście posadzić większość społeczeństwa!!!

 - I posadzimy, posadzimy. Możesz być tego pewny.

Script by Vampi_r

 

16:43, vampi_r
Link Komentarze (2) »
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31